Tak, wiem. Całe zastępy filozofów połamało sobie zęby na tym pytaniu na przestrzeni dziejów.
Jednak chyba w jakiś sposób czuję się na siłach, by na nie odpowiedzieć.
Wiele było w moim życiu momentów bardzo trudnych i można by powiedzieć “zwrotnych”.
Jednak gdybym miała wybrać to, które okazało się kluczowe dla znalezienia odpowiedzi na to pytanie, byłby to z pewnością ten dzień spędzony na szpitalnym łóżku. Ten dzień, który zaowocował jakąś dziwną przemianą we mnie. To był dzień naznaczony potwornym bólem, strachem i poczuciem zupełnej beznadziei.
To był ten dzień, kiedy leżałam i myślałam. A myślałam dlatego, że w zasadzie nic innego nie byłam w stanie robić.
Od miesiąca leżałam w szpitalu z bardzo dziwnymi objawami. Miałam silny niedowład lewej ręki i obu nóg, potworne zawroty głowy, a skóra na ramieniu i połowie twarzy bolała mnie tak, jakby ktoś mnie wrzątkiem oblał. Robiono mi wiele badań, wypytywano o przeróżne rzeczy i próbowano postawić diagnozę.
Nie mogłam chodzić, z trudem samodzielnie siadałam, nie mówiąc już o zjedzeniu czegokolwiek, bo i jak tu zjeść np. zupę jedną ręką siedząc na szpitalnym łóżku? Albo choćby otworzyć jogurt?
To był czas, kiedy umarła we mnie wszelka nadzieja. Jeszcze dwa miesiące wcześniej czułam się dobrze, mogłam pracować i robić niemal wszystko to, co każdy normalny człowiek. Na przykład złościłam się strasznie, gdy mój kot przewrócił kwiatka w doniczce, gdy drzwi do łazienki nie chciały się domknąć, albo gdy nagle, w najmniej odpowiednim momencie kończyła się pasta do zębów.
Normalne życie, normalna złość... Złość dnia powszedniego.
Jakże tęskniłam za tym w tamtej chwili!
“Jeszcze niedawno wszystko było takie proste, a teraz leżę tutaj z prawdopodobną diagnozą stwardnienia rozsianego, guza na rdzeniu kręgowym, albo może czegoś jeszcze gorszego i moje życie to koniec. Już nigdy nie będzie tak jak przedtem.
Być może umrę? Być może już nigdy nie będę mogła chodzić? Moje szczęśliwe życie się skończyło. “ - myślałam sobie, a przez moją głowę przebiegały galopem przeróżne obrazy - na przykład taki, gdzie siedzę na wózku inwalidzkim i próbuję pokonać wysoki krawężnik przejeżdżając przez ulicę, albo taki, gdzie mój mąż zmęczony życiem z kaleką mówi mi, że odchodzi.
Ale w pewnym momencie doznałam jakiegoś dziwnego olśnienia. A stało się to wtedy, gdy pomyślałam sobie: “Boże, jakże ja bym teraz chciała wrócić do tych czasów, kiedy jeszcze wszystko było normalnie! Niczego mi więcej nie potrzeba,
tylko tego, żebym się dobrze czuła, żebym była zdrowa, żebym mogła chodzić.
Gdybym tak teraz mogła się podnieść z tego łóżka i na własnych nogach pójść do domu, to byłabym chyba najszczęśliwszą osobą na Ziemi i mogłabym skakać z radości choćby pod sam sufit!”
“Ale zaraz, zaraz... Chwileczkę. Przecież Ty to wszystko kiedyś miałaś. - odezwał się nagle jakiś głos w mojej głowie - Przecież jeszcze dwa miesiące temu chodziłaś na własnych nogach i nie musiałaś prosić pielęgniarki, by otworzyła ci jogurt. Czy byłaś wtedy NAJSZCZĘŚLIWSZĄ OSOBĄ NA ŚWIECIE?”
No i w tym momencie, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu musiałam odpowiedzieć przecząco. Nie, nie byłam. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że byłam. Przecież mój mąż ciągle mi wypominał, że narzekam, że malkontencę, że wciąż jestem niezadowolona, że się złoszczę i obrażam o byle co.
Zaczęłam się z uwagą przyglądać swojemu życiu, swoim zachowaniom, swoim myślom z tamtego czasu “przed...”.
I doszłam do zadziwiającego wniosku, że ja jednak nie byłam szczęśliwa! Boże mój! Nie byłam szczęśliwa!
Mimo tego, że byłam sprawna fizycznie, że miałam wspaniałego, troskliwego kochającego faceta przy boku, że miałam, co jeść, gdzie mieszkać i z czego opłacać rachunki - nie byłam szczęśliwa!
Czy to nie dziwne? Przecież chyba powinnam być. A może inaczej - miałam wszelkie powody, do tego, żeby być. Dlaczego więc nie byłam?
Jakże inaczej wygląda świat z patrząc z perspektywy szpitalnego łóżka. Z perspektywy wózka inwalidzkiego. Z perspektywy ciągłej zależności od innych ludzi. Dopiero wtedy, gdy poznałam tę perspektywę, dotarło do mnie to, jak wiele miałam, a co być może bezpowrotnie straciłam. I zaczęło mi się wtedy tłuc po głowie jedno pytanie: “Dlaczego wtedy, gdy jeszcze to wszystko miałam, nie potrafiłam się tym cieszyć? Dlaczego nie potrafiłam tego docenić?
Oczywiście to nie było tak, że byłam ciągle i zawsze nieszczęśliwa. Owszem,
bywały takie chwile, a czasem dni, kiedy było mi dobrze. Bywałam szczęśliwa. Ale przecież wystarczył wtedy jakiś drobiazg, na przykład to, że uciekł mi autobus i spóźniłam się do pracy, by natychmiast wyrwać mnie ze stanu określanego jako “szczęście” .
Czy gdybym teraz nagle jakimś cudem odzyskała zdrowie i mogła wrócić do dawnego życia, to czy dalej złościło by mnie to wszystko? Czy takie rzeczy miały by jakiekolwiek znaczenie?
Nagle zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę ZAWSZE miałam wszystko, żeby być NAJSZCZĘŚLIWSZĄ OSOBĄ NA ŚWIECIE, tylko o tym nie wiedziałam i nie umiałam tego docenić.
Od tamtego pamiętnego dnia minęło już wiele czasu. I wiele się od tego czasu wydarzyło.
Tajemniczych dolegliwości wtedy w szpitalu nie udało się zdiagnozować. Wypisano mnie do domu z błędną diagnozą.
O tym, co mi naprawdę dolega dowiedziałam się dopiero dwa lata temu.
Jestem chora już ponad połowę swojego życia. Szanse na całkowite wyleczenie mam raczej niewielkie. I być może faktycznie kiedyś skończę na wózku inwalidzkim.
Ale nie martwi mnie to jakoś szczególnie.
I - paradoksalnie - właśnie dopiero teraz czuję się jak najszczęśliwsza osoba na świecie. Budzę się każdego dnia i dziękuję Bogu, że pozwolił mi jeszcze raz spojrzeć na ten piękny świat. Dziękuję za to, że póki co mogę chodzić, że udaj mi się jakoś normalnie funkcjonować, choćby i samodzielnie ten głupi jogurt otworzyć, za to, że mój mąż i synek są zdrowi, że mnie kochają, że są przy mnie, że mam co jeść, że mam dach nad głową (nagle dotarło do mnie, że przecież ja to mogę wszystko stracić, tak, jak wtedy na pewien czas straciłam zdolność poruszania się!).
Tak, tak... ja wiem, przecież każdy normalny człowiek zdaje sobie z takich rzeczy sprawę, myśli o tym czasami...
Jednak chociaż o tym wiemy, to tak naprawdę bardzo często o tym zapominamy.
Tak zwane “normalne życie” pozbawia nas tej świadomości. Pochłonięci całkowicie swoimi codziennymi obowiązkami, pędząc gdzieś ciągle, zapominamy, że to, co mamy, w każdej chwili możemy stracić.
Czy kiedyś, gdy kłóciłam się z moim mężem, myślałam o tym, że gdy wyjdzie do pracy dnia następnego, to może już z niej nie wrócić?
Nie. Nie myślałam o tym. Byłam tak zatopiona w swojej złości na niego, że nawet mi to przez myśl nie przeszło. A przecież jakiś tam drobny odsetek mężów nie wraca do swoich żon, bo np. ginie w wypadkach drogowych, umiera nagle na skutek zawałów serca, wylewów itp. I bardzo wiele kobiet również o tym w takiej chwili nie myśli.
I kolejne pytanie - czy gdybym wiedziała, że mój mąż nie wróci tego dnia do domu, że już nigdy nie zobaczę go żywego, to czy kłóciłabym się z nim, bez względu na to, jak ważny byłby powód tej kłótni? (Nie ukrywajmy, najczęściej kłócimy się o tak zwane “pierdoły”) Odpowiedź brzmi - z całą pewnością nie.
Czy kiedy rodzic krzyczy lub bije swoje dziecko, to czy myśli o tym, że jeszcze tego samego dnia jego dziecko może zostać porwane, albo potrącone przez pijanego kierowcę? Czy krzyczałby i bił, gdyby wiedział, że za parę godzin straci swoje małe szczęście? Z pewnością nie i to bez względu na to, co dzieciak przeskrobał.
To, że zapominamy o rzeczach najważniejszych, powoduje, że złoszczą na drobiazgi, wyprowadzają nas z równowagi rzeczy małe i nieistotne (jak to się mówi “słonie nie gryzą, gryzą komary”).
Tak, oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że przecież silny ból to wcale nie tak błahostka, że trudno z tym wytrzymać i z tym żyć, że trudno zachować pogodę ducha i być szczęśliwym mając poważne problemy finansowe, poważny konflikt mężem, chore dziecko, albo coś jeszcze innego.
Może to i prawda.
Jednak moim zdaniem wszystko zależy od samego podejścia do pojęcia szczęścia.
Zwykle próbujemy uzależniać swoje szczęście “od czegoś”.
Ja też tak kiedyś myślałam i tak właśnie robiłam.
Mówiłam sobie - będę szczęśliwa, gdy już będę miała prawdziwą miłość,
mieszkanie, pieniądze, gdy już będę zdrowa, gdy zmienię pracę na lepszą itd.
Ale przeważnie w życiu jest tak, że nie dostajemy wszystkiego czego chcemy. Niema chyba na świecie ludzi, którzy mają absolutnie wszystko, ludzi, których życie było by idealne. Zawsze coś się psuje, albo czego nam brakuje. Gdy uda nam się znaleźć lepszą pracę i już, już zaczynamy być szczęśliwi, to nagle ktoś rodzinie zaczyna chorować i nasze szczęście odkładamy na później. Jak już t osoba wyzdrowieje i nasze szczęście zdaje się wracać, to ktoś nam wjeżdża tylny zderzak i mamy auto do naprawy - znów bycie szczęśliwym musi trochę poczekać (do czasu, aż naprawimy samochód). I tak w kółko. Zawsze coś się dzieje, co powoduje, że nasze wątłe szczęście pęka jak mydlana bańka.
Jak nie urok, to przemarsz wojska...
Odkryłam jedną rzecz. Nie da się być szczęśliwym “pod warunkiem, że...”
Kiedyś myślałam sobie - mogę być szczęśliwa tylko pod warunkiem, że... (miłość, zdrowie, pieniądze, dobra praca, dobre relacje z rodziną, fajne mieszkanie, porządny urlop itd, itp. mnóstwo rzeczy można by jeszcze tu dopisać począwszy od braku pryszczy na twarzy przed wyjściem na randkę, a na odpowiednio wypełnionym staniku skończywszy).
Dziś przestałam szczęściu dyktować jakiekolwiek warunki. Zrozumiałam, że świat w którym żyję nigdy nie będzie dokładnie taki, jakim być może chciałabym go widzieć. Ale i tak przecież jest wystarczająco piękny by się nim cieszyć.
I zaczęłam być szczęśliwa “MIMO TEGO, ŻE...”
Mimo tego, że jestem chora, mimo tego, że mam mniej pieniędzy, niż chciałabym mieć, że mój mąż nie zawsze jest aż tak miły dla mnie, jak czasem chciałabym, żeby był, że moje dziecko nie jest aż takim aniołkiem, jakim mogłoby być, że prawdopodobnie znowu nie pojedziemy w tym roku na urlop, że czasem miewam takie dni, kiedy wejście po schodach na drugie piętro jest dla mnie tak trudne, jakbym jakiś ośmiotysięcznik zdobywała...
Gdzieś tam, na świecie jest żona, która właśnie w tej chwili dowiedziała się, że zmarł jej mąż.
Gdzieś tam, na świecie jest matka, której dziecko płacze z głodu, a ona nie m czym go nakarmić.
Gdzieś tam, na świecie jest matka, która właśnie patrzy, jak jej dziecko umiera na raka lub inną straszną chorobę.
Gdzieś tam na świecie jest kobieta, która znowu poroniła.
Gdzieś tam, na świecie jest kobieta, która słyszy wybuchy granatów i wystrzał pocisków.
Gdzieś tam, na świecie jest kobieta, która właśnie została zgwałcona i pobita.
Gdzieś tam, na świecie jest kobieta, która będąc głuchą nie może usłyszeć śmiechu swojego dziecka i jest też taka, która będąc niewidomą, nie może go zobaczyć.
Gdzieś tam, na świecie jest kobieta, która śpi na ziemi, w bramie, przykryta starymi szmatami i kartonem.
Gdzieś tam na świecie jest kobieta, której nikt nie kocha.
Gdzieś tam na świecie jest kobieta... itd.
W TEJ CHWILI NIE JESTEM ŻADNĄ Z TYCH KOBIET!
Nie wiem, co będzie jutro, nie wiem, co wydarzy się za godzinę. Ale teraz, mim tego, że moje życie nie jest idealne, wiem, że mam bardzo wiele powodów, by skakać z radości choćby i pod sam sufit.
Ale chyba nie wystarczy wiedzieć. Trzeba to POCZUĆ.
Anthony de Mello powiedział kiedyś: “Nikt się jeszcze nigdy nie upił intelektualnym znaczeniem słowa “wino”.
Tak. Chyba wreszcie to naprawdę poczułam. Chyba upiłam się naprawdę, nie tylko intelektualnie.
Poczułam właśnie wtedy, tam w szpitalu.
Zdaje się, że aby coś zyskać, trzeba najpierw coś stracić.
I przestałam odkładać swoje szczęście na później. Nawet, gdy zaczyna się dziać coś złego (być może złego, bo tak naprawdę to nigdy nie wiadomo), to pamiętając ciągle o tym wszystkim, czując to, staram się nie wpadam w panikę, w depresję, nie histeryzuję, nie popadam w czarnowidztwo.
Mówię sobie: “ Kochana, to tylko chwilowy kryzys. Problem pojawił się i zniknie,
jak wszystkie Twoje poprzednie problemy. Masz jeszcze całe mnóstwo innych rzeczy, którymi możesz się cieszyć.”
I czepiam się tych dobrych rzeczy które jeszcze mam, na nich staram się skupiać całą swoją uwagę. Przecież zawsze zostaje nam coś, co jeszcze możemy stracić.
I jest coś jeszcze. W każdym nieszczęściu można znaleźć coś dobrego,
pozytywnego. Choćby i to, że czegoś się nauczyliśmy dzięki temu doświadczeniu.
“Każdy kij ma dwa końce”, jak to mówią. Absolutnie każdy. I w każdej chwil swojego życia, nawet tej najtrudniejszej, można próbować odnaleźć ten drugi,
“dobry” koniec. Szczęśliwy człowiek, to zdaje się ten, który to potrafi.
To może zadziwiające się wydać, ale gdy spojrzę na swoje życie z perspektyw czasu, to ze zdziwieniem stwierdzam, że najwięcej nauczyłam się właśnie dzięki swoim najgorszym, najtrudniejszym doświadczeniom. Czy były więc złe? A może jednak nie, skoro w końcowym rozrachunku wyszły mi na dobre?
Życie nie jest dobre ani złe - jest takie, jakim je widzimy.
To właśnie te “złe” doświadczenia sprawiły, że jestem dziś tym, kim jestem. T właśnie one mnie wyrzeźbiły, ukształtowały.
Wydaje mi się, że wszelkie doświadczenia są na tyle dobre, na ile jesteśmy stanie z nich wyciągnąć coś dobrego, nauczyć się czegoś.
Gdyby mnie wtedy totalnie nie pokręciło i gdybym nie trafiła do szpitala, to by może nigdy nie zrozumiałabym tego wszystkiego.
Teraz wiem, że nie należy się bać trudnych doświadczeń. Gdybym miała tak możliwość i mogłabym nagle zmienić coś wracając do swojej przeszłości, co poprawić, wymazać, to chyba jednak nie zmieniłabym ani jednej minuty swojego życia. Wszystko cokolwiek się stało było potrzebne. I przyczyniło się do tego, kim się stałam - szczęśliwym człowiekiem.
Pewien szczęśliwy człowiek zwykł mawiać:
“Za wszystko, co było “dziękuję”, na wszystko, co będzie “tak”.
Pozwolę sobie powtórzyć te słowa Daga Hammarskjolda i przyjąć je jako własne, dziękując Najwyższemu za całe moje życie. Jakie to szczęście, że w swojej niezwykłej mądrości nie skąpił mi trudnych doświadczeń.
Tak więc tym sposobem dorzuciłam swoje trzy grosze do ogólnego filozoficznego zamieszania i szczękościsku związanego z tym tematem. A teraz pozostaje mi tylko pochylić się w pokorze i pozbierać zęby, które być może straciłam w tym trudnym, ale też i pięknym pojedynku, mierząc się pojęciem szczęścia.
Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich filozofów (również tych domorosłych)
i... całą resztę!